Gdy dzwoni telefon alarmowy

Jak wygląda dzień z życia ratownika POPR? Oto mały urywek
 
 

Opowiada Karolina:

               „Czwartek, godzina 21.00, kończymy zajęcia (marzyłam o domu, wczesnym śnie i kolacji, miałam generalnie dosyć POPR’u, szkolenia, egzaminowania z zawartości plecakoapteczki, itd…) i nagle dzwoni telefon alarmowy.

Adam (ratownik dyżurny – przyp. red.) rzuca tylko jedno słowo „POSZUKIWANIA!”

I następuje pełna mobilizacja. Wszyscy zaczynają się szykować do wyjścia, bez dyskusji, bez narzekania. Jakby nie było innego wyboru. No i ja też…i Beata (rzecz jasna). Dobrze, że była. Łatwiej razem, lepiej, bezpieczniej.
Nie można inaczej. Człowiek nie znajduje wymówki, albo inaczej – znajduje wiele ale żadna nie jest na tyle dobra, żeby odpuścić. Myślisz sobie, że inni mogą a ja co – wyśpię się, jestem zmęczona, dobry film leci na Polsacie…?

Wyobraziłam sobie, że miałabym odmówić np. bezpośrednio Rodzinie tej Kobiety i od razu postawiło mnie to do pionu…
Niesamowite wrażenia i przemyślenia. Kilka chwil, które wiele nam mówią o samym sobie i swoich słabościach, odpowiedzialności, zaangażowaniu…

Techniczne dane:

               Kobieta, lat 64, nieudane próby samobójcze, wyszła nad ranem, zgłoszenie zaginięcia po południu, telefon do POPRu o 21.00, zbiórka w centrum Gdyni o 22.00 komórka kobiety zlokalizowana w okolicach Klifu w Orłowie. Na miejscu: straż pożarna, policja przewodnicy z psami i my.

Ustalenia, wyznaczenie sektorów, podział zadań, odpalenie GPSów i w drogę. Policja ostrzega nas, że jest niebezpiecznie – rowy, doły, lód, bunkry, bardzo stromy klif, urwisko…

               No i… poszliśmy w las. Ciemno, zimno, pełnia na niebie, ostrzeżenia policjantów w głowie i świadomość, że możemy ją znaleźć wiszącą na drzewie.
Przykaz – „podnosimy głowy bo może wisieć”.

Groza. Ale i radość, że robimy coś ważnego dla niej, dla Rodziny, świata… :)
Szukasz i chcesz ją zobaczyć a z drugiej strony cieszysz się, że jej nie widzisz. Czyli może nie jest z nią aż tak źle… Znajdzie się za chwilę… Gonitwa myśli…

I tak chodziliśmy 3 godziny po sektorze nr 5 (300 m x 500 m), w odległości od siebie około 8-10 m. I tak w kółko, aż przeszliśmy cały sektor. Bardzo stromo, niebezpiecznie, urwisko przed nami, szum morza. Po jednym podejściu miałam ochotę się rozbierać do T-shirta. Tak się robiło ciepło. Do tego wrażenia… niezapomniane.

W oddali słychać dzwonki na kamizelkach psów – rewirujących. Biegają i węszą. Wspólna robota, wspólna sprawa, poczucie solidarności.
Koledzy, koleżanki kilkadziesiąt metrów dalej.
I mnie miałoby tu nie być???

O 04.30 skończyliśmy. Wynik – nie znaleziono.

               Nad ranem okazało się, że była w budynku obok miejsca naszej zbiórki, koło zaparkowanej karetki. Pod nosem… Wynajęła pokój w jednym z pensjonatów, ochroniarz widząc zamieszanie podszedł i spytał się kogo szukamy. Spojrzał na zdjęcie – rozpoznał. Znaleziono ją w b. ciężkim stanie – KOLEJNA PRÓBA SAMOBÓJCZA PRZEZ ZAŻYCIE DUŻEJ DAWKI LEKÓW.

Ulga – dobrze, że żyje! A już pakowałam rzeczy na kontynuację poszukiwań, ale innej kategorii – „poszukiwanie zwłok”…

I tak to wyglądało. Trudno to streścić.
Jestem bardzo zadowolona, że brałam w tym udział, że mogłam pomóc, że byłam częścią zespołu…
To zostanie we mnie na długo, albo i na całe życie…

KKK”

 

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych Grupa wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie treści zamieszczonych na portalu bez zgody POPR jest zabronione.

 

Powrót